Kostka lodu - blog o Arktyce

Wpisy otagowane „Mikołaj Golachowski”

  • piątek, 28 grudnia 2012
    • Jak to jest z tym ociepleniem?

      Globalne ocieplenie, czy też, jak obecnie o tym się mówi: globalna zmiana klimatu, jest tematem, o którym wszyscy słyszeli już setki razy i to od wielu lat. Bardzo łatwo jest w takiej sytuacji zacząć sprawę bagatelizować, zwłaszcza, kiedy na dworze mróz i śnieg, a co jak co, ocieplenie jest ostatnią rzeczą, która nam do głowy przychodzi. Nawet bez tego – przyzwyczailiśmy się już do ostrzegawczych sygnałów, stały się nierozróżnialnym dźwiękiem tła, niczym zepsuty alarm samochodowy, który co najwyżej drażni nasze dobre samopoczucie. W dodatku, rzesze ekonomistów i przedstawicieli wielkiego biznesu (zwłaszcza, dziwnym trafem, związanego z eksploatacją paliw kopalnych, czy to poprzez ich wydobycie, czy wykorzystanie w elektrowniach i środkach transportu), a także różni politycy i publicyści, zapewniają nas, że nie ma się czym martwić, że to naturalne cykle naszej planety, że większość gazów cieplarnianych pochodzi z wulkanów, a w ogóle to lód w Antarktyce ostatnio zajął rekordową powierzchnię, więc całe to ocieplenie to bzdura, złośliwe plotki rozsiewane przez ekologów-oszołomów, którzy w przerwach między przykuwaniem się do kolejnych drzew (aby wycyganić okup od firm ciężko pracujących na nasz dobrobyt) wieszczą zgubę, bo i w tym na pewno mają jakiś interes.

      Jak to jednak jest naprawdę? Oddajmy głos faktom, mają one niezwykłą umiejętność mówienia same za siebie. Analiza osadów dennych w oceanach pozwala nam badać zmiany klimatyczne w ciągu ostatnich kilku milionów lat. Bardziej precyzyjne badania powietrza uwięzionego w lodowych rdzeniach pozwalają nam dostrzec zmiany temperatury i składu atmosfery przez ostatnie niemal 750 000 lat. Z tych, jak i innych źródeł wyłania się pewna prawidłowość. W historii naszej planety, od co najmniej 3 milionów lat, występowały regularne cykle zlodowaceń i cieplejszych okresów między nimi, zwanych interglacjałami. Uważa się, że zostały one wywołane przez zmiany w ilości energii słonecznej docierającej do powierzchni Ziemi (co z kolei wynika ze zmian pozycji Ziemi względem Słońca) i nazywa się je cyklami Milankowicza, od nazwiska serbskiego geofizyka, klimatologa, matematyka i w ogóle bardzo mądrego człowieka, który te zmiany odkrył około roku 1920.

       

      Ryc. 1. Zmiany temperatury i stężenia CO2 w atmosferze w ciągu ostatnich 400 000 lat na podstawie wyników wierceń w lodzie jeziora Vostok na Antarktydzie.

       

       

       

      Jak widać, zmiany stężenia CO2 w atmosferze, są bardzo ściśle związane ze zmianami temperatury. Co więcej, widać też, że następują one PO zmianach temperatury, czyli nie mogą ich wywoływać. Wydawałoby się, że jest to silny argument przeciwko tezie o naszej potencjalnej winie. Jednak dwutlenek węgla jest silnie działającym gazem cieplarnianym. Dlatego Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (Intergovernmental Panel on Climate Change – IPCC) działający przy ONZ stwierdził, że z ponad 90% prawdopodobieństwem zmiany stężenia CO2 nie powodowały zmian temperatury (te wynikały ze zmian w poborze energii słonecznej), ale je wzmacniały i przyspieszały, kiedy temperatura już się zmieniać zaczęła.

      Teraz jednak zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Badania rdzeni lodowych wykazują, że w ciągu ostatnich 700 000 lat, poziom CO2 wahał się pomiędzy 180 a 300 ppm (parts per million – części na milion, to standardowa jednostka stężenia oznaczająca jedną część danej substancji na milion części innej), zaś poziom innego silnego gazu cieplarnianego, metanu – między 320 a 790 ppb (parts per billion). W roku 2011, stężenie CO2 wyniosło 390 ppm, zaś w 2005 metanu było 1775 ppb. Czyli znacznie powyżej dotychczasowych poziomów maksymalnych.

       

      Ryc. 2. Emisje CO2 i jego skład w atmosferze od rozpoczęcia rewolucji przemysłowej.

       

       

       

      Jak dokładniej to wygląda, widać na powyższym wykresie. Teraz porównajmy to z różnymi rekonstrukcjami zmian temperatury.

       

      Ryc. 3. Zmiany temperatury w ciągu ostatniego tysiąca lat, wedle różnych sposobów oceny.

       

      Przypadek? Badania opinii publicznej pokazują, iż, zwłaszcza w USA, całkiem sporo osób uważa, że wśród naukowców wciąż brakuje zgody co do tego, czy w ostatnich wiekach temperatura rzeczywiście wzrosła ponad normę i czy to aby nasza wina. Na szczęście, opinie naukowców nie są zależne od opinii publicznej, debat telewizyjnych czy artykułów w gazetach. Ba, tak naprawdę, trudno jest mówić o opiniach – to raczej obiektywne oceny oparte na twardych danych publikowanych w artykułach na łamach naukowych czasopism, przedstawiających konkretne wyniki badań, poddane szczegółowej krytyce naukowej społeczności, zgodnie z zasadą, że wszystko, co prawdziwie naukowe, musi być poddawane falsyfikacji, czyli, po ludzku mówiąc, musi być do sprawdzenia. Całkiem niedawno, dr James Powell zadał sobie trud przeanalizowania całej stricte naukowej literatury (od roku 1991 do listopada 2012) dotyczącej światowego ocieplenia. Wyniki są szokujące. Przeanalizowanych artykułów, znalezionych na podstawie kluczowych słów „global warming” oraz „global climate change”, było w sumie 13 950, a ich liczba rosła przez cały analizowany okres.

       

      Ryc. 4 Liczba naukowych artykułów dotyczących zmian klimatu, opublikowanych w ciągu ostatnich 20 lat.

       

       

      Część tych artykułów zgadzała się z twierdzeniem, że klimat się zmienia ponad normę, w wyniku wzrostu stężenia CO2, część nie. Innymi słowy, część z nich przyjmowała zjawisko „global warming” za fakt, część je odrzucała. Zobaczmy, jak rozkładały się te proporcje.

       

       

      Ryc. 5. „Kontrowersja” w świecie nauki

       

       

      Czyli tylko 24, spośród 13950 artykułów naukowych, odrzucało tę teorię. Czy można mówić o braku zgody wśród naukowców? Nie sądzę. Ale bardzo zachęcam też do wyszukania tekstu Powella.

      No a co z tym lodem? Jak to jest, że choć w Arktyce doszliśmy w tym roku do absolutnego minimum, to w Antarktyce osiągnęliśmy niedługo później największy zasięg? Po pierwsze, porównujemy ZIMOWY lód na morzu wokół Antarktyki, z LETNIM roztapianiem lodów Arktyki. Więc nie jest to uprawnione porównanie. Po drugie, Arktyka to głównie lód oceaniczny, zaś w Antarktyce stanowi on jedynie obramowanie kontynentu. Owszem, jego zasięg minimalnie wzrasta, zresztą wraz ze wzrostem średniej temperatury.

       

      Ryc. 6. Związek zasięgu lodu morskiego w Antarktyce z temperaturą

       

       

      Dlaczego? Bo wiatry są coraz silniejsze i zmienia się ich kierunek. Zresztą lody morskie Antarktyki przyrastają znacznie mniej, niż lody morskie Arktyki się kurczą. Ponadto, a to jest dużo ważniejsze, znakomita większość lodu Antarktyki to lód kontynentalny, ten zaś kurczy się niemiłosiernie.

       

      Ryc. 7. Spadek masy lądolodu Antarktyki

       

       

       

      Mnie to wszystko przekonuje. A nawet gdyby nie, to nie miałoby to znaczenia. Klimat nam się zmienia, temperatury rosną, lody się topią i tak, to my jesteśmy za to odpowiedzialni. Im wcześniej zdamy sobie sprawę (bo naprawdę nie chodzi tu o naszą wiarę) z tego, że alarm, który słyszymy, nie jest zepsuty, tym lepiej. Czy zdążymy zrobić coś mądrego? Okaże się. Ja osobiście wątpię...

       

       

      Dane i wykresy pochodzą z wolnych zasobów sieci. W szczególności polecam strony http://www.skepticalscience.com oraz http://www.newscientist.com/topic/climate-change

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Jak to jest z tym ociepleniem?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      bipolarnick71
      Czas publikacji:
      piątek, 28 grudnia 2012 19:05
  • wtorek, 23 października 2012
    • Dzieci Arktyki - Część I

      No i rzeczywiście, pierwsze dni życia mojej córki zapewniły tyle rozrywek, że pisać nie było kiedy. A działo się w tym czasie dużo. Arktyczna kampania przyniosła kolejne sukcesy, a naszą petycję w sprawie uratowania tego rejonu podpisało już ponad dwa miliony osób! Na stronie www.uratujarktyke.pl widać, jak ta liczba rośnie – i to jest fantastyczne. W trakcie, kiedy pisałem TO zdanie, petycję podpisało kolejnych osób...3! W Antarktyce udało się utworzyć międzynarodowe sanktuarium, wierzę, że teraz, gdy mamy potężną broń w formie Internetu, uda się to samo zrobić w Arktyce. Jest o co walczyć i dobrze, że widać efekty, choć na razie to tylko deklaracje ze strony firm paliwowych, że „chwilowo zawieszają” operacje. To i tak dobry początek.

       

       

      Marzy mi się taki kaptur :-)

       

      Ale ja dzisiaj chciałem pisać o czymś, a właściwie o kimś innym. Arktyka nie jest rejonem tradycyjnie pozbawionym działalności ludzkiej. Od tysięcy lat arktyczne krańce Eurazji i Ameryki Północnej są zamieszkiwane przez przeróżne plemiona. Było i jest ich rzeczywiście sporo i samo ich opisanie jest tematem co najmniej kilku książek, które znam, więc skupię się tu tylko na największej i najbardziej znanej grupie, czyli Eskimosach. A może Inuitach? No właśnie, jak to z nimi jest? Edytor tekstu podkreśla mi słowo „Inuici”, co najlepiej świadczy o tym, że wciąż jest mało znane. A jednak, coraz częściej to nim się posługujemy, z szacunku dla ludzi, o których mowa. Co jednak znaczą te dwa określenia? Otóż bardziej powszechne słowo Eskimos pochodzi najprawdopodobniej z języków ich południowych sąsiadów, czyli amerykańskich Indian (z plemienia Algonkinów), którzy tradycyjnie byli ich zajadłymi wrogami. Badacze spierają się co do znaczenia i brzmienia oryginalnego terminu, a tłumaczenia sięgają od „tych, którzy wiążą rakiety śnieżne”, przez „tych, którzy mówią innym językiem”, po „tych, którzy jedzą surowe mięso”. Zwłaszcza ze względu na ostatnią z teorii, termin „Eskimos” jest więc często uznawany za pejoratywny. Na pewno, pochodząc z języka ich wrogów, nie jest terminem przyjaznym, ale moim zdaniem, nie jest też obraźliwy, podobnie jak nie uznałbym za obraźliwe słowa „Murzyn”, „Cygan”, czy „Niemiec” (to ostatnie, występujące w każdym słowiańskim języku, ale tylko tu, oznacza przecież „tego, który nie mówi” – możemy sobie wyobrazić naszych przodków, którzy z innymi, pokrewnymi plemionami potrafili się jakoś dogadać, ale ci z zachodu wydawali z siebie tylko jakieś dziwne powarkiwania, więc dogadać się z nimi nie szło, trza było walczyć). Zresztą, „Słowianin” też prawdopodobnie oznacza niewolnika. Z drugiej strony, eskimoskie słowo „Inuit” oznacza, podobnie jak jego odpowiednik wśród wielu różnych narodów, po prostu „człowieka”. W języku Romani słowo „Rom” oznacza dokładnie to samo. Skoro jednak sami zainteresowani tak się wolą określać, to oni najlepiej wiedzą, jak to powinno być. Drugą, mniej chwilowo istotną dla nas różnicą, jest to, że Eskimosami określa się nie tylko Inuitów, ale również ludność aleucką i ludy Yupik.

       

      Rodzina Inuitów w tradycyjnych strojach.

       

      Tyle o pochodzeniu słów. Żeby sprawę uprościć, w roku 1977 Inuit Circumpolar Conference (czyli wokółbiegunowa konferencja Inuitów) przyjęła, że słowo „Inuita” będzie oficjalnym określeniem wszystkich plemion oryginalnie zamieszkujących Arktykę, niezależnie od tego, jak sami o sobie mówią. Jednak w podstawowym, węższym znaczeniu, słowo to oznacza ludność aborygeńską zamieszkującą Grenlandię oraz północną Kanadę i Alaskę. Aby zakończyć wątek językowy, warto wspomnieć, że kilka słów inuickich weszło na stałe do kultury świata: anorak i kajak to przykłady najbardziej znane, ale wszyscy z słyszeliśmy też o „igloo”, choć tu nastąpiło pewne przekłamanie, bo dla nas oznacza to specyficzną konstrukcję ze śniegu i lodu, a w oryginale „igloo” to po prostu „dom”, czyli według Inuitów (a kto ma wiedzieć, jak nie oni?), igloo może równie dobrze być zrobione z kamieni, drewna, płótna czy skór.

       

       

      To też jest igloo, nawet, jeśli umiarkowanie imponujące.

       

      No więc żyli sobie ludzie w arktycznym świecie od kilku tysięcy lat. Najpierw były to ludy określane jako Paleoeskimosi, których kulminacją była bogata kultura Dorset, rozkwitająca w centralnej i wschodniej Arktyce amerykańskiej od około 500 lat p.n.e. do około 500 roku n.e. Później, po kolejnej fali migracji, w okolicach roku 1000 n.e., czyli wtedy, gdy kształtowało się również nasze państwo, kultura Dorset ustąpiła miejsce kulturze Thule, reprezentowanej już przez ludy określane jako Inuici. Oczywiście, tych kultur różnych było pełno, każda z większych kategorii miała swoje podkategorie (jak pre-Dorset, central-Dorset i late-Dorset), z fascynującymi określeniami takimi jak „tradycja małych narzędzi”, charakteryzująca właśnie wczesnych Paleoeskimosów. Warto się w to wczytać. Mnie jednak najbardziej interesuje to, że nie tylko byli to ludzie potrafiący przeżyć w swym surowym środowisku, ale radzili sobie tam na tyle dobrze, że pozostawili po sobie mnóstwo artefaktów, przedmiotów o czysto estetycznym znaczeniu, a także cały skomplikowany i bogaty system legend i wierzeń. Oni nie „walczyli o przetrwanie”, oni w Arktyce zwyczajnie mieszkali. Jak już kiedyś wspominałem, charakterystyczną cechą tego środowiska jest owszem, jego surowość, ale też wysoki stopień przewidywalności (przynajmniej w skali zmian sezonowych, bo z dnia na dzień zmiany pogody bywają bardzo gwałtowne) i ogromne bogactwo zasobów. Jeśli człowiek, czy jakiekolwiek inne zwierzę, nauczy się obowiązujących reguł, może sobie tu całkiem komfortowe życie zapewnić. Sekretem przetrwania w Arktyce nie jest bowiem próba pokonania jej (to jest niemożliwe), lecz mądre dostosowanie się do narzucanych przez nią zasad.

       

       

      Pozostałości osady paleoeskimoskiej w północnej Kanadzie

       

       

       

      Paleoeskimosi z pewnością umieli wybierać ładne miejsca na swoje osady...

       

       

       

      Inuitka w tradycyjnym stroju ceremonialnym, z twarzą ozdobioną typowym tatuażem

       

      Inuici kojarzą nam się teraz z odzianymi w skóry łowcami fok i niedźwiedzi. Rzeczywiście, ich dzieci uczyły się pływać kajakiem niemal jednocześnie z nauką chodzenia, ale tak było tylko w najgęściej zaludnionych terenach nadmorskich. W głębiej położonych rejonach podstawą ich utrzymania były inne zwierzęta, przede wszystkim karibu, czyli amerykańskie renifery, których regularne migracje, podejmowane kilka razy w roku wedle tych samych tras i o tej samej porze, zapewniały przewidywalne i obfite źródło pokarmu, skór itd., starczających później na chudsze miesiące. Na ogół słyszeliśmy tylko o strzępach bogatej kultury różnorodnych inuickich plemion. Taka „pop-antropologia” sprawia, że słyszeliśmy, iż całują się nosami, a żonami częstują strudzonych wędrowców. Nie wiem jak to z tymi nosami jest, łatwo sobie wyobrazić, że na dworze niewiele więcej im spod futer wystawało, więc jak chcieli się czymś zetknąć, nos był jedyną opcją. Co do osławionego częstowania żonami, zwyczaju, który, z oczywistych względów, zrobił wielkie wrażenie na wyposzczonych żeglarzach, sprawa nie jest aż tak prosta. Myśliwi inuiccy wyprawiali się czasem w tundrę na bardzo długo. Ponieważ wiedzieli, gdzie znajdują się przyjazne osady,  w trakcie tych wypraw odwiedzali się, zwłaszcza, jeśli łączyło ich czy to rzeczywiste, czy rytualne (czyli po odbyciu ceremonii ustalającej więź „kuzynów pieśni”) pokrewieństwo. Kiedy strudzony i przemarznięty wędrowiec docierał do przyjaznego igloo, jadł i spał ze wszystkimi członkami rodziny – tradycyjnie, czyli nago na wspólnym legowisku okrytym skórami. Jeśli (i tylko wtedy!) któraś z żon (a mogło być ich kilka) gospodarza postanowiła okazać mu swą przyjaźń w bardziej intymny sposób, jej mąż nie tylko nie miał na ogół nic przeciwko temu, ale czasem ją nawet zachęcał, mając świadomość, że sam może liczyć (ale nie może tego wymagać!) na podobną gościnność. Zawsze odbywało się to za pełną zgodą i ochotą wszystkich zainteresowanych, jeśli kobieta nie miała ochoty na karesy, nikt jej do nich nie zmuszał. Ten dość swobodny system rodzinny (były pary stricte monogamiczne, była poligynia, poliandria i promiskwityzm) sprawiał, że nikt nigdy nie był do końca pewien, które dzieci są czyje, dzięki czemu dziećmi opiekowali się wszyscy, a te dorastające w domu danego łowcy i jego rodziny były automatycznie uznawane za jego i nikt się nie zastanawiał, do kogo były podobne. Dziecko było – i jest – dla Inuitów wartością najwyższą (dobrze ilustruje to fakt, że w czasach głodu starzy ludzie popełniali rytualne samobójstwa, najczęściej po prostu wychodząc w tundrę, żeby nie zabierać młodym skąpego przydziału jedzenia), a przy jego wychowaniu nie istniały właściwie żadne kary, ani surowość, tylko system zachęt i nagród. W relacjach podróżników co chwila wraca opis, jak uśmiechnięci są wszyscy członkowie plemienia i jak wesołe wśród nich dzieci biegają. Biali, jak zwykle, gościnnie przyjęci przez życzliwych gospodarzy i gospodynie, wykorzystali sytuację, oczywiście bez żadnej intencji odwzajemniania się. Zresztą, kiedy przyjmujący ich ludzie orientowali się, że ich życzliwość ma tylko jednostronny charakter, często jej odmawiali, co z kolei prowadziło do konfliktów i oburzenia ze strony aroganckich przybyszów.

       

       

      Żeglarzom, oczywiście, bardzo odpowiadała inuicka gościnność.

       

       

       

      Do początków XX-go wieku Inuici tworzyli całkiem szczęśliwą społeczność, otwartą na świat, spójną i zdolną do adaptacji.

       

      Inuitom udawało się nie tylko to. Wbrew dość powszechnym nieporozumieniom, wcale nie żyli oni w zupełnej izolacji. Po pierwsze, pomiędzy poszczególnymi plemionami Inuitów, Aleutów i Yupik istniała wymiana handlowa (np. ryby i foki z wybrzeży za pochodzące z głębi lądu renifery) i towarzyska poprzez mieszane małżeństwa. Po drugie, stykali się z Indianami zamieszkującymi lasy na południe od ich terenów. Wprawdzie na ogół były to kontakty wrogie, ale były. Po trzecie wreszcie, od tysiąca lat Inuici mieli świadomość naszego istnienia, najpierw dzięki wikingom zasiedlającym Grenlandię od XI do XV wieku (osobna, fascynująca historia) i okazjonalnie kolonizującym wybrzeża Ameryki Północnej, a później, od ich „odkrycia” przez wyprawę Martina Frobishera w roku 1576 aż do dziś. Przez ten cały czas trwała wymiana towarowa, kulturalna i genetyczna, choć prawdopodobnie to przedstawiciele „naszej cywilizacji” byli tu większym beneficjentem. Jednak Inuici też na tym korzystali (choćby uzyskując niezbędne, a rzadkie u nich żelazo), przynajmniej do początku XXgo wieku, kiedy wszystko się zmieniło. Ale o tym napiszę w następnej części...

       

      Jedno z pierwszych europejskich wyobrażeń Inuitów

       

       

       

      Inuksuk, czyli tradycyjnie kamienni strażnicy Inuitów, ludzkie sylwetki stanowiące punkty odniesienia i podnoszące wędrowców na duchu. To często jedyne co pozostało po bogatej i różnorodnej kulturze mieszkańców Arktyki (fot. z Internetu).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Dzieci Arktyki - Część I”
      Tagi:
      Autor(ka):
      bipolarnick71
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 października 2012 14:19